Historia pierwszego koncertu

Był rok 2013, sierpień. Dla jednych dobry, dla innych obojętny, dla Edmunda Sumisławskiego- bardzo ważny. To bowiem rok dwóch jubileuszy: 50-lecia bluesa w Polsce i 50-lecia kultowego zespołu The Rolling Stones.
Odkąd Edi usłyszał pierwszą radiową audycję Marii Jurkowskiej propagującą bluesa, zakochał się w tej muzyce bez pamięci, na dobre i na złe, i na wieczność całą. I tak od 50 lat Edmund trwa w tej miłości, a jej ,,złote gody” uczcił wielką, nieprawdopodobną fetą- koncertem na Oruni.
Jeden człowiek za pomocą niewielu osób, Aniołów i Niebios zorganizował imprezę, o której mówi się do dziś i która zapoczątkowała następne imprezy oraz jest inspiracją do pięknych działań, i niesamowitych osiągnięć.
,,Chciałbym, aby Orunia stała się Mekką polskiego bluesa, żeby impreza oruńska weszła na stałe w kalendarium muzycznych zdarzeń i przyciągała muzyków światowego formatu”- każdy, kto zna Edmunda wie, że jego słowa staną się rzeczywistością, że lawina ruszyła 14 sierpnia 2013 roku i nic ani nikt jej już nie zatrzyma. Wtedy, na działce Edka w strugach deszczu i odgłosach przejeżdżających pociągów zagrał zespół Rooftop Party. Zabrzmiały utwory Stonesów, bo jakże inaczej, pod sceną działy się dziwy, dzieci szalały, publiczność podrygiwała, a Edi tryskał szczęściem i radością nastolatka.
,,Jestem pełen podziwu dla Edka za zapał, za jego pasję. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem go na koncercie, ujął mnie swoim zachowaniem. Przykuł moją uwagę tym, że znakomicie się bawił. Patrzę, a tam jakiś facet, który tańczy, bawi się, porusza się jak słynny Mick Jagger. Pomyślałem: ,,O kurde, Mick Jagger przyszedł na nasz koncert!”- uśmiecha się Jan Babiński, wokal i gitara zespołu ,,Rooftop Party”, który zagrał w sierpniu na działkach nieopodal Parku Oruńskiego. -Miejsce na koncert nietypowe. Ale kiedy usłyszałem, że Edek coś takiego organizuje i szuka zespołu, to wiedziałem, że chcę u niego zagrać- tłumaczy reprezentant ,,Rooftop Party”.
Nie jest łatwo zorganizować taki koncert. Potrzebne są pozwolenia, promocja, dobre nagłośnienie, dobry sprzęt i… finanse. Edmund Sumisławski pukał do wielu drzwi, rozmawiał z różnymi ludźmi, opowiadał, tłumaczył. Byli tacy, którzy chwytali w lot tę pasję graniczącą z szaleństwem. Byli tacy, którzy z pobłażaniem patrzyli na Edmunda- ,,nieszkodliwego dziwaka”. A on… pierwszych szanował, z drugich sobie nic nie robił. W jego głowie, sercu, duszy był blues. Chciał pokazać ten rodzaj muzyki także tym, którzy jej nie znali, nie słyszeli albo słyszeli i nie lubili, nazywając jałową i smętną.
,,Chcę, aby ludzie zobaczyli, że blues niesie za sobą pozytywne emocje, że jest to muzyka, przy której można się doskonale bawić.”- mówi Edmund.
Szczupła postać maratonisty na rowerze, na głowie kolorowa chustka i duże słuchawki na uszach a w głowie… ,,zielono wciąż ma i blues w niej rozbrzmiewa”. I będzie brzmiał po wsze czasy, nie tylko w sercu i duszy Edka Sumisławskiego, ale tu, w Gdańsku, na Oruni, na działce Edmunda, poza Orunią. Idea bluesowa festiwalu ogarnia i zaraża coraz więcej osób, grono zwolenników Edmunda i bluesa zatacza coraz to większe koła, znani muzycy sami pukają do niego i deklarują swój udział w kolejnych festiwalach, a gdańskie sławy, wśród których prym wiedzie Prezes Fundacji Sopockie Korzenie, Wojciech Korzeniewski, przyklaskują pomysłom i deklarują pomoc.

Kropla drąży kamień… A Edmund Sumisławski wymyślił sobie, że bluesem zarazi Gdańsk, a potem… Ale to już wie tylko Edek.

Oprac. Dorota Szmit