Życie w rytmie bluesa

czyli STORY o Edku w rozmowie Wojciecha Korzeniewskiego
i Doroty Szmit

Poznałam Edmunda dzięki naszemu wspólnemu znajomemu. Pewnego kwietniowego dnia wpadł do mnie z propozycją, abym dołączyła do ,,ludzi Edka”. W kilku słowach opowiedział o pewnej fundacji, jej prezesie i pobiegł do swoich spraw, kończąc już na schodach: ,,Zobaczysz człowieka, który wygląda jak pirat, nie przestrasz się”.
Ochłonęłam i zerknęłam w kalendarz. Dla pewności zsynchronizowałam widniejącą tam datę z tą w komórce. Gdyby wskazywały 1 kwietnia, owe kilka słów Stanisława potraktowałabym jako żart w stylu science-fiction. Nie był to jednak prima aprilis… Hm… W takim razie MUSIAŁAM poznać Edka.
,,Wariat, sympatyczny i nieszkodliwy”- myślałam słuchając opowieści człowieka w kolorowej chustce na głowie, zawiązanej w dwa różki, czyli Edka, nota bene wieloletniego, bardzo cenionego pracownika Wyższej Szkoły Bankowej. Mówił do mnie wulkan energii, charyzmy, optymizmu i humoru. Mówił do mnie pasjonat nieprawdopodobny, ucieleśnienie idei i szaleństwa, nie mężczyzna, nie wykładowca, nie głowa rodziny, ale CHŁOPAK w nieokreślonym wieku. Z iskrami w oczach opowiadał o swojej miłości do muzyki, do bluesa, o realizowanym krok po kroku marzeniu, które spełnia pędząc na rowerze z jednego krańca Gdańska na drugi, stając się powoli żywą legendą tego miasta.
Edmund Sumisławski przez trzy lata udowodnił, że słowo ,,niemożliwe” nie istnieje. Zyskał szacunek, poparcie mnóstwa ludzi, od nieznanych i maluczkich począwszy po włodarzy miasta, profesorów uczelni a także podobnych do siebie pasjonatów, którzy z niewiarygodną wręcz determinacją osiągnęli swój własny szczyt.

SONY DSC

Takim człowiekiem jest dobry duch i opiekun Edka, Wojciech Korzeniewski. Sopocian, znany w Polsce i na świecie organizator festiwali, tras koncertowych, promotor gwiazd rocka, a do 1994 roku właściciel festiwalu sopockiego, obecnie założyciel i prezes Fundacji Sopockie Korzenie. To właśnie do jego drzwi trzy lata temu zapukał skromny, niepozorny mężczyzna w chustce na głowie…

D.Sz.- Wojtku, spojrzałeś na Edmunda i Twoją pierwszą myślą było?

W.K.- Edmunda przyprowadził do mnie mój przyjaciel, Wiesław Śliwiński, z którym współpracuję trzydzieści lat i który, tak, jak Edek mieszka na Orunii Dolnej. W pierwszej chwili zdębiałem. Zobaczyłem człowieka wyglądającego dziwnie jak na swój wiek. Pomyślałem: ,,Chyba jakiś nawiedzony gość…”. Z niedowierzaniem zacząłem słuchać jego opowieści związanych z rock and roll’em, bluesem, ale powoli zaczynał mnie ten facet niesamowicie fascynować. Jednocześnie ciągle jeszcze uważałem go za, przepraszam, oszołoma, który ma jakąś wizję, chce coś zrobić, ale nic więcej.

D.Sz.- A jednak coś Cię przekonało?

W.K.- Edek opowiedział swoją przygodę w czasie koncertu The Rolling Stones w Berlinie. Była na tyle ciekawa, iż zaproponowałem, żeby ją dla mnie opisał. Organizowaliśmy akurat konkurs ,,Wspomnienia miłośników rock and roll’a”. A Edmund zaczął opowiadać o swojej fascynacji bluesem, o pomyśle imprezy na Orunii, która nie cieszyła się dobrą opinią, wręcz przeciwnie. Chciał pobudzić do życia tę swoją Orunię, podnieść jej rangę.

D.Sz.- To właśnie zaważyło na Twojej decyzji? Bo postanowiłeś pomóc Edkowi, dać mu wsparcie…

W.K.- Powiedziałem: ,,Edmund, widzę, że jesteś totalnym pasjonatem, masz wspaniałe myśli, które trzeba poukładać. Mogę Ci pomóc, ale pod jednym warunkiem: że będziesz przychodził do mnie o 7 rano, bo tylko wtedy mogę poświęcić ci trochę czasu.

D.Sz.- Biorąc pod uwagę porę, odległość z Orunii do Wrzeszcza oraz środek lokomocji Edka, rower, postawiłeś go przed nie lada wyzwaniem.

W.K.- Cha, cha, rzeczywiście. Jednak Edmund był zawsze punktualnie pod drzwiami mojego biura w Manhattanie. W zasadzie polegało to na tym, że ja robiłem u wykład dotyczący organizacji i struktury takiej imprezy, a Edek wszystko skrupulatnie notował w swoim zeszycie.

D.Sz.- Przybyłeś, zobaczyłeś. Zwyciężył?

W.K.- Nie tylko byłem, ale wysłałem tam ekipę z tv pomorskiej, która zrobiła reportaż z tej imprezy. Koncert odbył się prawie na polu, przy torach, niedaleko dworca i Domu Kultury. Na tymże polu ustawiono scenę, grały kapele bluesowe, pojawił się tłum ludzi i w tym tłumie tańczył przeszczęśliwy Edek ze swoją rodziną. Widok nie do zapomnienia, wzruszenie zabierało głos. Byłem zachwycony zaangażowaniem Edmunda, tym bardziej, że jeszcze jeden koncert się nie skończył, a on już zaczął myśleć i mówić o następnych, o imprezie, festiwalu…

D.Sz.- Zawsze miał w Tobie wsparcie i mógł na Ciebie liczyć? To wspaniałe mieć takiego przyjaciela.

W.K. Przychodził do mnie po jakąś radę, podpowiedź, oczywiście pory jego wizyt nie uległy zmianie (śmiech). Nadszedł moment, że poczuł, iż sam nie jest w stanie ogarnąć wszystkiego. Potrzebował siedziby, biura, archiwum dotyczącego historii bluesa i jego działań, żeby dalej iść do przodu. Zapytał, co myślę o jego pomyśle utworzenia stowarzyszenia. Po przedyskutowaniu doszliśmy do wniosku, że lepszym rozwiązaniem będzie fundacja. Fundacja skupiająca ludzi popierających Edmunda, pomagających mu, podobnych do niego pasjonatów.

D.Sz.- Ogromne wyzwanie, zwłaszcza dla kogoś, kto robi to po raz pierwszy. Kolejne wykłady i notatki?

W.K.- Dokładnie tak (śmiech). I znów totalnie mnie zaskoczył, bo wykonał wszystko bardzo dokładnie. Sytuacja Edmunda była bardzo trudna. Zrobić dużą imprezę czy koncert mając plik banknotów to fraszka. Ale Edi nie miał pieniędzy. Miał tylko wspaniałą wizję i wiarę w to, że uda mu się ją zrealizować. Zaczął chodzić, pukać do różnych drzwi, pisać do różnych instytucji. Ludzie kochają takich pasjonatów i z reguły im się pomaga, jednak aby miało to sens, rację bytu i przynosiło efekty trzeba przedstawić konkretne dokumenty, skalkulować wydarzenie, zaplanować finansowo od postawienia pierwszego schodka na scenę po ostatnią żarówkę ,,na zapas”.

D.Sz.- Dzięki temu powstała Fundacja Rolling Stone of Blues im. Marii Jurkowskiej. Należy dodać, że Edmund jako jedyny wśród mnóstwa osób starających się, otrzymał zgodę męża Marii Jurkowskiej, aby była patronką jego fundacji. To świadczy o jego sile przebicia i szczerości, którą zdobywa serca.

W.K.- Edek to uczeń, który chwyta w lot to, co słyszy i realizuje zadania w stu procentach i z pełną precyzją. To jest coś bardzo rzadkiego, nieprawdopodobnego. Dzięki temu nasza znajomość i współpraca trwa trzy lata i żaden z nas nie zamierza z niej rezygnować.

D.Sz.- To świetna wiadomość, bo bardzo do siebie pasujecie (śmiech). Ty, Wojciechu, jesteś już postacią legendarną, Edmund staje się Legendą. Poza tym obaj należycie do mężczyzn, którzy nie mają wieku, dla których czas się zatrzymał i którzy nigdy się nie zestarzeją.

W.K. – Dziękuję bardzo. Myślę, że to kwestia ciągłej pracy umysłowej i fizycznej, aktywności ruchowej, Edek jest także maratonistą odnoszącym sukcesy także w tej dziedzinie. Zaczynał od zera, przez krótkie trzy lata zorganizował trzy imprezy, myśli realnie o czwartym koncercie, tworzy archiwum bluesa, Muzeum Bluesa, ja takich ludzi cenię, kocham i zawsze pomogę, jeśli zauważę, to ,,coś”, co ma Edmund.

D.Sz. – Ludzie pasjonaci, którzy swój prywatny czas i swoje pieniądze poświęcają dla pewnej idei. Edmund na Orunii stworzył coś niebywałego!

W.K. Myślę, że gdyby wszyscy go wspierali, wspomagali, uwierzyli w to, czego chce dokonać, na Orunii powstałaby impreza wielkiej rangi. I nie tylko na Orunii, bo Edmund to człowiek, który z klapkami na oczach realizuje swoje pasje i będzie to robił do końca życia.

D.Sz.- Myślę dokładnie tak samo. I chwała Panu Śliwińskiemu, że przyszedł z Edmundem do Ciebie. Przypadkowe spotkanie zaowocowało konkretnymi, ogromnymi efektami.
Wojtku, bardzo dziękuję Ci za te wspomnienia, za poświęcony czas, za przemiłą atmosferę.

Dorota Szmit